Rodzina i zdrowie jest częścią wortalu Informacje
Zdrowa rodzina
September 05 2008 16:39:17
Wmawiali nam, że jedyną szansą jest in vitro... Naprotechnologia
Planowaliśmy z mężem, że będziemy mieli dużą rodzinę. Bardzo podobały nam się wielodzietne rodziny ze wspólnot neokatechumenalnych - do jednej z takich wspólnot sami należymy. Przez kilka miesięcy chcieliśmy poczekać ze staraniem się o poczęcie dziecka, ale potem nie widzieliśmy żadnych poważnych powodów, aby czekać. Miesiące mijały, niestety nie dochodziło do poczęcia. Po roku zdecydowaliśmy się szukać przyczyny niepłodności. Poszliśmy do zwykłej przychodni, ale okres oczekiwania na wizytę u specjalisty okazał się bardzo długi - przerażająco długi. W sytuacji, gdy jest jakaś choroba i trzeba ją zdiagnozować, nikt nie chce czekać kilka miesięcy na wizytę u specjalisty.



Musieliśmy pójść na wizytę do prywatnej przychodni. Przyjął nas dość młody lekarz, miał przed sobą dobrego laptopa. Obejrzał nasze wyniki badań i powiedział, że nigdy nie będziemy mieć dzieci! Dla nas był to szok!
Powtórzył to kilkakrotnie, bo być może nie wyglądaliśmy na przekonanych. Powiedział, że jedyną szansą dla nas jest in vitro. Do głowy by nam nie przyszło, aby decydować się na taki krok. Po prostu wiedzieliśmy, że tej granicy nie można przekroczyć. Prosiliśmy za to o jakąś inną pomoc. Po prostu leczenie, jakieś leki czy witaminy. Nie wykluczaliśmy, że może będzie potrzebna operacja, bo wiedzieliśmy o pewnym schorzeniu, które miało jedno z nas. Zapytaliśmy więc, czy nie pomogłoby naszej płodności wyleczenie tego schorzenia. Lekarz nie miał tak naprawdę pojęcia i raczej przekonywał nas, że żadne interwencje lekarskie nam nie pomogą, a chirurgów to powinniśmy się bać i unikać. Zapytaliśmy, czy mógłby nam kogoś polecić. Również nie mógł tego zrobić. Ponieważ nie chcieliśmy się zdecydować na in vitro, nie mieliśmy już o czym rozmawiać z tym lekarzem, więc pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Dopiero na ulicy pozwoliłam sobie na łzy. Obydwoje z mężem byliśmy zdruzgotani, zdenerwowani, zbuntowani. Nie wierzyliśmy temu lekarzowi, gdyż - tak jak w dowcipie o lekarzach - przyszliśmy do niego z pewnym schorzeniem, mówiąc mu o nim, aby już nie zmuszać go do myślenia, a on i tak nie zajął się problemem, tylko go ominął. Cóż - wróciliśmy do domu. I sami musieliśmy zostać ekspertami od naszej choroby. Zaczęły się poszukiwania informacji w internecie. Znamy kilka języków, więc próbowaliśmy w każdym z nich. Znaleźliśmy informacje o niepłodności, przyczynach. Jak prowadzić wywiad lekarski z parą z problemami z płodnością. To, co nas najbardziej zirytowało, to fakt, że lekarz nie zrobił wyczerpującego wywiadu medycznego, co - wydaje mi się - jest jakimś pierwszym krokiem. Mógł nam zaproponować wiele i badań, i leków. On po prostu chciał robić in vitro, jakby zachłysnął się techniką, a nie chciał już widzieć człowieka. Opatrzność jednak czuwała nad nami, bo znaleźliśmy pracę doktorską lekarza na temat schorzenia, które mogło obniżać naszą płodność. Z wyników wynikało, że operacja może pomóc. Natychmiast zgłosiliśmy się do niego i zaczęło się oczekiwanie na operację. Po kilku miesiącach doszło do zabiegu. Wszystko przebiegło pomyślnie. I znowu kazano nam czekać około roku na niezbyt pewną poprawę. Towarzyszyły nam nadzieja, wsparcie modlitewne. Przechodziliśmy bunt wobec Boga - dlaczego to nas musiało spotkać. Niestety, chroniczny stres działał negatywnie na nasze relacje ze znajomymi, bo przecież wszędzie dookoła rodziły się dzieci. A o takich parach jak my - z problemami, nie wiedzieliśmy ani nie słyszeliśmy. Po roku okazało się, że nie ma znaczącej poprawy i że i tak jesteśmy poza wszelkimi normami "nadawania się" do poczęcia dziecka. To był cios, o którym chyba najwięcej wiedziała nasza wspólnota, to ona nosiła nasz krzyż. Nie mogłam znieść komentarzy, dobrych rad, pocieszania, litowania się nad nami. Rzucałam kubkami o podłogę na wieść o każdym nowym poczęciu wśród znajomych. Trwaliśmy jednak na modlitwie z mężem. Nie było oskarżeń, była jedność i miłość - tego Pan Bóg darował nam wiele. W końcu znowu pojawiła się nadzieja. Znajomi powiedzieli nam o lekarzu, który podjąłby się leczenia. Poszliśmy do niego pełni zaufania. Słyszeliśmy o nim dobre rzeczy, spodziewaliśmy się spotkać wspaniałego lekarza. Zlecił u siebie nowe badania. Okazało się, że zupełna katastrofa. Lekarz powiedział, że może jego terapia przygotuje nas do in vitro w Białymstoku. Znowu musieliśmy się tłumaczyć, że nie chcemy in vitro. Tłumaczyliśmy lekarzowi, że jeżeli leczenie nie pomoże nam w sposób naturalny zajść w ciążę, będziemy rozważać adopcję. Nie wykluczaliśmy tego, że Pan Bóg nas do tego będzie chciał powołać, ale w tamtym momencie nie byliśmy jeszcze na to gotowi. No i zaczęło się. "Te dzieci was pozabijają, lepiej mieć pieska czy kotka, a nie adoptować dziecko!" - mówił lekarz. "To są ludzie gorszej kategorii!". Nie wytrzymałam i spytałam o skutki uboczne in vitro, bo o skutkach "ubocznych" adopcji już usłyszałam. Pan profesor doktor habilitowany odpowiedział, że nie istnieją żadne skutki uboczne in vitro! Miał pecha, bo trafił na wykształcone w tym temacie osoby. Dużo czytaliśmy o możliwości przestymulowania jajników, o skutkach ubocznych leków, które podaje się kobiecie w celu wywołania superowulacji, o rozwodach małżeństw, które zanim doczekały się dziecka z in vitro, już się rozwiodły (bo tak wyczerpujące były procedury, którym musieli się poddać w trakcie in vitro), o małej skuteczności tej procedury, o takiej koncentracji na pragnieniu posiadania dziecka, że przysłania ona życie innych dzieci, które może być zamrożone w ciekłym azocie. Pan profesor wyraźnie kłamał, abyśmy może bardziej skłonni byli poddać się temu zabiegowi? Zapytałam go: "Jak to nie ma żadnych skutków?". Pan profesor na to: "A jakie?". To już przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Powiedziałam, że jestem zszokowana jego podejściem do ludzi, do życia; zamilkłam, bo już prawie płakałam. Lekarz odmówił nam pomocy i jakiegokolwiek leczenia. "Dziękuję państwu i do widzenia!". "Do widzenia" - odparłam i wybiegłam z gabinetu, nie oglądając się na mojego męża. Już na ulicy zaczęłam krzyczeć, tak jak w kryminałach słychać krzyk kobiety w ciemnej ulicy. Byłam tak zszokowana, że robiłam to zupełnie bezwiednie. Nie wiedziałam, co dalej. To był ostatni lekarz, na którego myśleliśmy, że możemy liczyć. To oznaczało koniec naszej drogi związanej z leczeniem. Toczyła się we mnie walka duchowa. Jeden głos mówił mi: "Coś ty zrobiła? Dlaczego się odezwałaś? Twój mąż nie daruje ci tego! Gdybyś podjęła leczenie u tego lekarza, za rok miałabyś dziecko" itd. Drugi głos mówił: "To Bóg daje życie, a nie lekarz". Mąż dołączył do mnie. Był blady jak trup. Szliśmy ulicą pogrążeni w rozpaczy. Zastanawiałam się, czy mam iść przeprosić tego lekarza, aby mimo wszystko nas leczył. Mąż przekonywał mnie, że nie ma powodu, aby przepraszać za powiedzenie prawdy. Przyznał mi się jeszcze do tego, że pan doktor podarł na jego oczach wyniki naszych badań! Wróciliśmy do domu. W tym czasie modliłam się, czytałam Pismo Święte, a Bóg przychodził z ciągłym pytaniem o moją wiarę. Czy ja wierzę w to, że On może wszystko, że może sprawić iż będziemy uczestniczyli w Jego akcie stwórczym. Odpowiadałam: "Tak, Panie. Ty wszystko możesz". Trwała we mnie niewzruszona wiara w Jego potęgę. Minęły dwa tygodnie, miesiączka się nie pojawiła. Myśl o ciąży była tak nieprawdopodobna, że mój mąż odradzał mi zrobienie testu ciążowego. A jednak kupiłam go po kryjomu i zrobiłam. I wciąż zastanawiałam się, czy to możliwe, że poczęło się we mnie nowe życie. Wierzyłam, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, z drugiej strony, tak strasznie buntowałam się na Niego... Czyżby więc Bóg mógł kochać grzesznika, kogoś takiego jak ja, i chciał okazać mu miłosierdzie? Test był pozytywny! Odśpiewałam "Magnificat". Dostałam dowód na istnienie Boga w moim życiu po raz kolejny. A przede wszystkim dowód, że nie gorszy się moimi buntami i kocha mnie, właśnie jako grzesznika. Mąż - fizyk, cały dzień studiował ulotkę z objaśnieniami dotyczącymi testu ciążowego. Uwierzył w wyniki testu dopiero po zrobieniu badań krwi. Poczęło się nasze dziecko.
Jeszcze dzisiaj po kilku latach jestem tym ogromnie wzruszona i wdzięczna Bogu za Jego miłość do mnie. Potem był cudowny czas oczekiwania na narodziny. Pełen radości, energii. Nie miałam żadnych niedogodności związanych ze stanem błogosławionym. Wszyscy cieszyli się z nami, a obcy ludzie dziwili się tej wielkiej radości. Pan Bóg robi cuda nie tylko dla nas. Wiele osób przychodziło do nas, dzieląc się, jak to wydarzenie zmieniło ich życie. Dotyczyło to wiele razy otwierania się na nowe życie, dzięki zaufaniu, że to Bóg jest Panem Życia, a nie człowiek.
Prowadzimy też spotkania w poradni rodzinnej, przygotowując pary narzeczonych do ślubu. Za każdym razem każda z par słyszy nasze świadectwo. W momentach ciemności i cierpienia trudno widzieć działanie Pana Boga. Czasami trzeba przejść wiele prób trwających miesiącami czy latami, aby można było zobaczyć sens doświadczeń i tego, że historia mojego życia jest Świętą Historią.
Od momentu powrotu płodności po porodzie pragniemy mieć kolejne dziecko. Niestety, niepłodność nie została wyleczona, więc nadal mamy problemy z poczęciem. Córeczka ma już cztery lata. Zaczęło się cierpienie związane z tym, że nie ma rodzeństwa. W maju ubiegłego roku poszliśmy do ośrodka adopcyjnego, aby zacząć rozeznawać wolę Boga co do naszego rodzicielstwa. Spotkanie z psychologiem wyznaczono nam w naszą ósmą rocznicę ślubu. Modliliśmy się, aby Bóg pokazywał swoją wolę. I pokazał. Pani psycholog stwierdziła, że nie jesteśmy jeszcze gotowi do adopcji. Wyszliśmy znowu rozczarowani. Jak długo będziemy stać w miejscu?
To nie był, jak się okazało, koniec historii. Kilka tygodni później poprosiłam koleżankę o jakiś tekst do tłumaczenia, aby nie zapomnieć języka angielskiego. Okazało się, że był to tekst o nowym podejściu do leczenia niepłodności - naprotechnologii.
Potem przeczytałam książkę ze świadectwami kobiet, którym pomogło leczenie tą metodą.
Czytając doświadczenia innych, doszłam do wniosku, że nie zostałam całkowicie zdiagnozowana. Na podstawie badań hormonalnych - trzech w ciągu cyklu, stwierdzono, że wszystko jest w porządku. Jednak objawy, które miałam, wskazywały na to, że coś jest nie tak z moim zdrowiem. Dlaczego jednak po ośmiu latach dowiaduję się takich rzeczy? Odczytałam to jako kolejny plan Boga, aby mogła okazać się Jego chwała w moim życiu. Jakie są fakty dotyczące naprotechnologii? Dwadzieścia pięć lat temu profesor Hilgers poruszony encykliką "Humanae vitae" Papieża Pawła VI założył Instytut Papieża Pawła VI w Nebrasce w st. Omaha. Instytut miał zajmować się zdrowiem prokreacyjnym kobiety i mężczyzny bez łamania zasad moralnych, przy zachowaniu pełnej godności kobiety i mężczyzny. Pomoc udzielana jest każdej kategorii prokreacyjnej. Czy jest to problem bezpłodności, nawykowych poronień, depresji po porodzie, cykli nieregularnych, bezowulacyjnych, w okresie perimenopauzy itd. Celem jest znalezienie problemu i rozwiązanie go. Podstawą diagnozy są obserwacje cyklu przeprowadzone przez kobietę. Jest to zmodyfikowana metoda Billingsa, pod nazwą Creighton Model. Kobieta poznaje obserwacje przy pomocy instruktora metody, który uczy parę na kolejnych sesjach. Obserwacje muszą być przeprowadzane bardzo dokładnie, rutynowo. Chodzi o to, że ta karta obserwacji jest podstawą do rozmowy z lekarzem. Biomarkery, które obserwuje kobieta, a więc śluz, krwawienia, plamienia w nietypowych dniach cyklu, wskazują na choroby, które może mieć kobieta, np. zespół policystycznych jajników, mięśniaki, stan zapalny szyjki macicy, niedomogi hormonalne. Pewne symptomy są charakterystyczne dla wczesnego stadium raka. Po dwóch, trzech cyklach para udaje się do lekarza naprotechnologa, który może już zauważyć pewne problemy. Następnie zleca profil hormonalny, ale w ścisłym powiązaniu z fazą w cyklu kobiety, a więc np. trzeciego, piątego, siódmego, dziewiątego dnia po owulacji, po dniu objawu szczytu, który - jak zbadano - jest ściśle związany z dniem owulacji. Oczywiście to tylko przykład, ale to, co jest unikalne w tej metodzie, to fakt, że lekarz nie działa na oślep. Wie, kiedy zlecić te badania, bo pacjentka ma obserwacje cyklu. Po zidentyfikowaniu choroby lekarz proponuje leczenie farmakologiczne, stosując leki, które są ogólnie znane, ale rzadko stosowane. Dni podawania leków również skorelowane są z aktualną fazą cyklu, którą kobieta zna na podstawie obserwacji. Jeżeli chodzi o niepłodność, to jej przyczynę są w stanie znaleźć w 97 proc., a więc praktycznie nie występuje zjawisko niepłodności o niewyjaśnionej przyczynie. 20-40 proc. par niepłodnych zachodzi w ciążę bez leczenia, tylko po nauczeniu się prowadzenia obserwacji według Modelu Creightona. Prawie u 80 proc. par dochodzi do poczęcia i urodzenia dziecka, gdy dodatkowo zastosuje się leczenie farmakologiczne czy też operacyjne, "naprawiając" w ten sposób płodność. Jest udowodnione, że szanse pary na poczęcie są mniejsze, jeżeli para poddała się wcześniej zabiegowi in vitro.
Sami znaleźliśmy więc instruktorkę Modelu Creightona - jest nią Polka mieszkająca w Stanach Zjednoczonych, i przez telefon uczyłam się obserwacji cyklu. Nie wiedzieliśmy, co będzie potem, kto nas skonsultuje w Polsce. Opatrzność czuwała i w październiku ubiegłego roku fundacja MaterCare Polska z Marią Środoń na czele zaprosiła naprotechnologa doktora Phila Boyla do Warszawy na konferencję ginekologiczną. Kobieca intuicja pozwoliła mi znaleźć doktora Boyla wśród wykładowców i przedstawić się z kartą obserwacji w ręku. Doktor Boyle skonsultował nas, zaproponował leczenie i powiedział, że daje nam 75 proc. szans na poczęcie dziecka! Nie muszę mówić, że inni nie dają nam żadnych szans, pomimo urodzenia już jednego dziecka. "Pewnie cuda się zdarzają, ale niech państwo już więcej na cuda nie liczą" - usłyszeliśmy od innego lekarza, który nas konsultował. Oczywiście nie wiemy, czy Pan Bóg da nam kolejne dzieci, ale dzięki temu krzyżowi możemy pomagać parom niepłodnym. W połowie listopada zrobiłam kurs instruktora Modelu Creightona w Nowym Jorku. Teraz prowadzę pary małżonków, te z problemami z płodnością. I jak tu w końcu nie uwierzyć, że z krzyża płynie życie nie tylko dla mnie, mojego małżeństwa, ale też dla innych?
Agnieszka Pietrusińska


Naprotechnologia w służbie życiu

Z dr. Philem Boylem, dyrektorem NaPro Technology Europe z kliniki w Galway (Irlandia) specjalizującej się w leczeniu metodą naprotechnologii, rozmawia Anna Wiejak


Panie Doktorze, może się Pan poszczycić znakomitymi osiągnięciami w leczeniu niepłodności. Czemu zawdzięcza Pan te sukcesy?
- Terapię stosowaną w klinice Galway opieramy na szczegółowym badaniu organizmu kobiety. Obserwujemy szczegółowo wiele funkcji organizmu, zwłaszcza cykl owulacyjny, menstruację, długość cyklu miesiączkowego, długość i jakość fazy śluzu itd. W ten sposób staramy się zidentyfikować problem i powód bezpłodności. Wykorzystujemy także modele płodności Creightona. Po raz pierwszy model Creightona został w pełni opisany w 1980 roku. Polega ona na znormalizowanych obserwacjach, odtworzeniu cyklu menstruacyjnego i sporządzaniu biologicznych markerów, które są niezbędne dla zdrowia i płodności kobiety. Owe "biomarkery" informują o dniach płodnych i niepłodnych, pozwalając na wykorzystanie tego systemu zarówno do zajścia w ciąże, diagnostyki i precyzyjnego leczenia współpracującego z przebiegiem naturalnego cyklu owulacyjnego, jak i zapobieżenia ewentualnemu poczęciu. To właśnie one często informują o nieprawidłowościach zdrowotnych leżących u podłoża niepłodności.

To jest właśnie sekret leczenia bezpłodności?
- To są podstawy. W zależności od potrzeb do leczenia wykorzystujemy najnowsze osiągnięcia medycyny. Czasami potrzebne jest leczenie hormonalne, czasami stosujemy metody chirurgiczne. Dzięki naprotechnologii w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Irlandii urodziło się już ponad 750 dzieci. Przy czym około 130 par rodziców owych dzieci próbowało wcześniej bezskutecznie stosować metodę in vitro.

Na czym polega leczenie w naprotechnologii? Jakie były jej początki rozwoju?
- Początki tej nauki wiążą się z osobą prof. Thomasa Hilgersa i założonym przez niego Instytutem Pawła VI. To dr Hilgers rozwinął cały ten system. Okazało się, iż zapewniał on lepszą jakość badań oraz sposób leczenia parom niż te sposoby, z których te pary korzystały już wcześniej i wciąż miały za sobą problemy z uzyskaniem poczęcia dziecka czy też poronienia. W ciągu dwudziestu lat prowadzonych analiz dr Hilgers rozwinął system, który stał się podstawą nauki zwanej naprotechnologią, zajmującej się zaburzeniami związanymi z poczęciem dziecka czy też donoszeniem ciąży do czasu porodu.
Pacjentki, co do których stwierdzimy potencjalne zagrożenie ciąży, są też otoczone szczególną opieką. Są instruowane, w jaki sposób mają rozpoznawać i kontrolować skurcze maciczne. Jeżeli jest to wskazane, podajemy im dodatkowo domięśniowo progesteron, jednocześnie dokładnie mierząc poziom tego hormonu w surowicy krwi, natomiast w przypadku nadmiernej drażliwości macicy terapię tokolityczną wspomagamy terbutaliną. W przypadku pacjentek, które przeszły terapię tokolityczną, włączamy kurację antybiotykową. Ocenę sytuacji opieramy m.in. na badaniu przy pomocy ultrasonografu przebiegu ciąży. Jeżeli USG wykaże nieprawidłowości, przeprowadzamy operację opierścienienia szyjki macicy.

Czy naprotechnologia pomaga kobietom w innych schorzeniach?
- Naprotechnologia to nie tylko leczenie bezpłodności. Jest skuteczna również w leczeniu takich schorzeń jak, m.in. torbiele jajników, syndromu napięcia przedmiesiączkowego, rozpoznaniu przyczyn nieregularnych i nieprawidłowych cykli, zaburzeń hormonalnych, chronicznych upławów czy depresji poporodowej.

W jaki sposób radzicie sobie z bezpłodnością u mężczyzn?
- W wielu przypadkach bezpłodność u mężczyzn może być skutecznie leczona przy pomocy środków medycznych czy interwencji chirurgicznej w układzie urologicznym. Jednakże skuteczność terapii w przypadku mężczyzn jest dużo niższa niż w przypadku kobiet. Dla niektórych medycyna po prostu nie jest w stanie niczego uczynić. Przy obniżonej płodności męskiej tym bardziej istotna staje się dobra znajomość cyklu owulacyjnego kobiety.

Lekarze leczący tą metodą duży nacisk kładą na psychikę pacjentów, co jest rzadko spotykane w medycynie. Dlaczego jest to tak ważne?
- Absolutnie tak. Wychodzimy z założenia, że dziecko powinno być owocem miłości, nie ciężkiej pracy, i będąc istotą delikatną, woli mieć rodziców spokojnych, zrelaksowanych. W tej metodzie pracujemy zarówno nad stanami emocjonalnymi pacjentów, jak i hormonalnymi, ponieważ połączenie tych dwóch obszarów zapewnia większą szansę na odniesienie sukcesu. Jest to bardzo istotne, ponieważ często stres jest jednym z elementów powodujących bezpłodność. Jeżeli zatem wyeliminujemy stres, zwiększa się szansa na poczęcie dziecka.

Czy mógłby Pan podać przykład pary, u której dzięki tej metodzie leczenia udało się doprowadzić do poczęcia dziecka?
- W tej chwili mamy pewną parę, gdzie czterdziestotrzyletnia kobieta jest w 20. tygodniu ciąży. Wszystko wskazuje na to, że urodzi dziecko w oczekiwanym terminie. Rzecz jasna jesteśmy przygotowani na ewentualne komplikacje, w każdym bowiem przypadku istnieje mniejszy lub większy procent szans na powodzenie, o czym zresztą informujemy pacjentów. Zdarza się, że kiedy bezpłodna para przychodzi na leczenie, nie jestem w stanie z góry stwierdzić, czy zastosowana terapia okaże się skuteczna. Jest to sprawa zupełnie indywidualna. Pacjenci jednak najczęściej decydują się na nią, ponieważ chcą wypróbować tę metodę i mają nadzieję, że leczenie przyniesie upragniony skutek. Decyzję ułatwia fakt, że naprotechnologia jest stosunkowo niedroga i nie wykańcza emocjonalnie, jak np. in vitro.

Zatem naprotechnologia jest całkowicie bezpieczna, nie niesie ze sobą żadnego ryzyka dla zdrowia? Jest też bezpieczna z punktu widzenia etyki?
- Jest ona całkowicie zgodna z katolickimi i medycznymi normami etycznymi. Nie czynimy niczego, co w jakimkolwiek stopniu byłoby przeciwne nauczaniu Kościoła katolickiego. Z drugiej strony możemy argumentować, że to, co opiera się na normach etycznych i moralnych we współpracy z osiągnięciami medycyny, przynosi pozytywne efekty. Jednocześnie sprzeciwiając się etyce w medycynie, czyni się wiele zła, wyrządza krzywdę konkretnym osobom.

Jak bezpieczna jest naprotechnologia w porównaniu z in vitro?
- Metoda in vitro niesie za sobą nieporównywalnie większe ryzyko. Trudno je porównywać ze sobą. Przy zastosowaniu naprotechnologii stopień ryzyka zarówno dla matki, jak i dla dziecka jest niemalże równy zeru, a już nigdy ta metoda nie doprowadziła nikogo do śmierci. Tymczasem od 2003 r. w samej Irlandii w wyniku powikłań po in vitro zmarły co najmniej dwie kobiety: u jednej wykryto hiperstymulację jajników, u drugiej natomiast wystąpiła sepsa. Ponadto IVF jest sztuczną metodą zapłodnienia, a stosowana przez nas metoda jest naturalna, zatem pozostająca w zupełnej harmonii z ludzkim organizmem. Nie wywołuje przy tym takiego stresu jak in vitro. Co jest jeszcze ważne - przy stosowaniu naprotechnologii występuje bardzo niewielki odsetek ciąż bliźniaczych oscylujący na granicy 3,5-4 procent. Podczas gdy przy stosowaniu metody in vitro wynosi on 30 procent. Nie zdarza się przy tym, aby dzieci poczęte metodą naprotechnologii miały problemy zdrowotne tak częste, jak w przypadku tych poczętych metodą IVF. Pary, które skorzystały z naszej metody, są obecnie rodzicami średnio dwójki dzieci.

Co zatem doradziłby Pan parze, która chce zastosować metodę in vitro? Czy odradziłby Pan im to i polecił naprotechnologię?
- Wszyscy specjaliści zgadzają się co do tego, że naturalna metoda poczęcia jest metodą najlepszą, natomiast stosowanie sztucznego zapłodnienia powinno być rozważane w kategoriach "medycznej mody". Dla mnie osobiście IVF jest nie do przyjęcia i odradzałbym każdemu poddanie się tej metodzie zapłodnienia z powodów zarówno medycznych, jak i emocjonalnych, psychologicznych czy etycznych. Jednak jest mnóstwo osób, u których sześciomiesięczna terapia w oparciu jedynie o dobre zaznajomienie się z własnym cyklem owulacyjnym nie przynosi rezultatu. W takich przypadkach staramy się dobrać odpowiedni, wyspecjalizowany sposób leczenia spośród licznych dostępnych w ramach naprotechnologii, czyli we współczesnej medycynie. Jeżeli i to nie przynosi rezultatu, nie stosujemy innych metod.

Większość ludzi nigdy nie słyszała o naprotechnologii, natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia IVF. Dlaczego tak się dzieje, że skuteczna metoda pozostaje nieznana, natomiast nieskuteczną znają niemalże wszyscy?
- Metoda zapłodnienia in vitro współcześnie wzbudza wiele emocji. Kiedy po raz pierwszy przeprowadzono zabieg zapłodnienia in vitro, wzbudziło to ogromne zainteresowanie mediów. Dziesięć lat temu w Irlandii na stronie internetowej friends of fertility care.org próbowaliśmy skupić uwagę mediów, gdy zaczynaliśmy swoją działalność w naszej klinice w Galway. Cała trudność polega na tym, iż naprotechnologia to trudniejszy do przyswojenia system niezbędny do późniejszego przeprowadzenia terapii, a także na tym, że jest to bardzo rozległa dziedzina. Jest działalnością, od której środowisko medyczne oczekuje więcej niż od każdej innej działalności, ponieważ właśnie z powodu wielopłaszczyznowego działania każda porażka może zostać wykorzystana przeciwko nam. Większość pacjentów nie zastanawia się jednak, na jakich zasadach to działa. Oni po prostu chcą mieć dzieci, a przykład wielu par pokazuje, że stosowana przez nas metoda jest skuteczna. Przypadek każdego pacjenta traktujemy w sposób indywidualny. U niektórych pacjentów konieczne jest zebranie większej liczby danych, co oczywiście dzieje się w czasie. Nieraz jest to dłuższa diagnoza i leczenie. Nieraz przebiega szybciej. Przebieg badań nad innymi z kolei umieszczamy w czasopismach medycznych.

Czy naprotechnologia to kosztowne leczenie?
- Stosując metodę naprotechnologii, pacjent musi zapłacić średnio 1000 euro, przy czym cena zależy od liczby wizyt, na jaką musi się zgłosić. Tymczasem w Irlandii koszt przeprowadzenia in vitro jest o wiele wyższy. Wynosi 3,2-3,5 tys. euro.

Czy naprotechnologia jest dostępna jedynie w Stanach Zjednoczonych i Irlandii?
- Lada moment będzie dostępna również w Polsce, ponieważ już prowadzimy w waszym kraju szkolenia w tym zakresie. Mamy zatem nadzieję, że nastąpi to w ciągu najbliższych miesięcy.

A co z innymi krajami europejskimi?
- W Szwajcarii mamy dwóch lekarzy praktykujących tę metodę. Wysłaliśmy szkoleniowców do Słowacji i Chorwacji. Mamy nadzieję wysłać kogoś do Francji, Hiszpanii i Portugalii.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.


Naturalne planowanie rodziny a medycyna

Naturalne podejście do płodności to dla dzisiejszego człowieka Zachodu pieśń przeszłości. Cywilizacja, w tym rozwój medycyny, zwłaszcza od końca XIX wieku przyniosła w naszym kręgu kulturowym antynatalistyczną mentalność. Nasze praprababcie i prababcie rodziły 8 czy 11 razy, przyjmując w małżeństwie naturalny rytm płodności, z pełną otwartością na przychodzące życie. Już w dwudziestoleciu międzywojennym sytuacja zaczęła się zmieniać, zaczęło się mówić o świadomym macierzyństwie, co w praktyce oznaczało ograniczenie liczby urodzin. Pole do popisu znaleźli wówczas tacy progresiści, jak Boy-Żeleński oraz różnych orientacji eugenicy. W kręgach inteligenckich, także w wielu rodzinach lekarskich, aborcja, przerwanie ciąży jako "zabieg" świadomego planowania rodziny bywał powszechnie akceptowany. Problem widziano tylko w zakresie nieprofesjonalnych aborcji dokonywanych "u babek", stwarzających niebezpieczeństwo dla życia matki. Do dziś jest to jeden z argumentów zwolenników dopuszczalności zabijania poczętych dzieci. Zalecano również rozpowszechnianie wiedzy i dostępności do antykoncepcji. Szczególne spustoszenie zaczyna się szerzyć od lat 50./60. XX wieku, kiedy to triumfuje rewolucja seksualna umacniana wprowadzeniem powszechnie dostępnych hormonalnych tabletek antykoncepcyjnych wraz z legalizacją aborcji w coraz większej liczbie krajów, a także powszechnie obecną, demoralizującą i niszczącą właściwe przeżywanie płciowości pornografią. Coraz bardziej propaguje się też mit przeludnienia oraz mity ekologiczne i "cieplarniane"- mamy chronić glebę, wodę, powietrze, lasy, wszystkie gatunki istot żywych, oprócz człowieka.


Nauka Kościoła pokazuje, że problem leży w usunięciu związku pomiędzy aktem seksualnym, małżeństwem i płodnością. Jeśli nie ma tego związku, to wszystko w zakresie seksualności jest możliwe. Relacja płciowa ma służyć tylko przyjemności. Nie musi mieć miejsca w małżeństwie. Nawet nie musi zachodzić pomiędzy mężczyzną a kobietą. Prowadzi to w prosty sposób do rozpadu małżeństwa, wzrostu liczby rozwodów, dzieci pozamałżeńskich i ciąż u nastolatek. Liczba zakażeń przenoszonych drogą płciową wzrasta w stopniu epidemicznym, wiele z tych schorzeń, takich jak AIDS czy chlamydiozy, związek pomiędzy infekcją HPV a rakiem szyjki macicy, ujrzało światło dzienne na naszych oczach. Pandemia chorób wenerycznych, aborcje, antykoncepcja, ksenoestrogeny, zatrucie środowiska oraz odkładanie planów rodzicielskich na czwartą lub piątą dekadę życia prowadzą w coraz większym procencie do niepłodności. Niepłodność to choroba cywilizacyjna i społeczna - dlatego ma interweniować nowoczesna technologia. Przekazywanie życia straciło swe znaczenie jako uczestniczenie w akcie stwórczym Boga, prokreacja sprowadza się do reprodukcji. Zamiast leczenia człowieka mamy medycynę rozrodu. Skuteczność metod wykorzystywanych w hodowli zwierząt wyznacza cele i odmawia prawa do poczęcia człowieka w warunkach odpowiadających godności ludzkiej. Nie trzeba rozpoznawać choroby i leczyć, lepiej hodować in vitro. Nieważne są konsekwencje, liczy się tylko cel.

Grzechy przeciw płodności
Trzeba powiedzieć, że człowiek współczesny nie wymyślił żadnego nowego grzechu. Już w przysiędze Hipokratesa w V wieku przed Chrystusem lekarz zobowiązuje się: "nie dam nigdy niewieście środka poronnego", co oczywiście znaczy, że takie środki były już wtedy znane i używane. Wczesnochrześcijańskie teksty, takie jak "Didache" (koniec I wieku): "nie zabijaj dzieci przez poronienie ani nie przyprawiaj ich o śmierć już po urodzeniu", czy homilie św. Jana Chryzostoma (IV wiek), który pisze, że ludzie ogarnięci chciwością "uważają za rzecz przykrą i ciężką to, co dla innych jest pożądane, mianowicie posiadanie dzieci. Z tej więc przyczyny wielu zostało bezdzietnymi, uczynili naturę bezpłodną, nie zabijając wprawdzie dzieci, lecz zapobiegając ich poczęciu".
Kiedy przeprowadzono ankietę, czym różnią się dziś chrześcijanie od niechrześcijan, padały odpowiedzi, że powinni się różnić, ale się nie różnią. Dlatego w katolickiej Polsce nie rodzą się dzieci, a "lekarze" przeprowadzający manipulacje na embrionach i decydujący o selektywnej redukcji dzieci w ciąży wielopłodowej deklarują się jako praktykujący katolicy i mówią, że nie mają konfliktu sumienia. Mawia się, iż to tylko polscy biskupi są "nieżyciowi". Naprawdę również dzisiaj żyjemy w społeczeństwie zlaicyzowanym, zsekularyzowanym, praktycznie pogańskim.

"Humanae vitae" dzisiaj
W bieżącym roku przeżywamy 40-lecie encykliki Papieża Pawła VI "Humane vitae", encykliki, która stała się dla jednych znakiem sprzeciwu, dla innych błogosławieństwem i światłem na życie, na konkretne wybory życiowe. Papież Paweł VI zachęcał lekarzy, naukowców, aby prowadzić badania nad ludzką płodnością i określać możliwości wynikające z tych badań, dotyczące możliwych metod rozpoznawania płodności, aby umożliwić małżonkom dla szczególnie ważnych przyczyn, po rozeznaniu woli Bożej w konkretnej sytuacji, korzystanie z okresów niepłodności w celu odsunięcia poczęcia następnych dzieci. Jednocześnie podkreślał, że odpowiedzialne rodzicielstwo to płodne, hojne rodzicielstwo, i pierwszym, naturalnym sposobem na rozeznawanie woli Bożej jest przyjmowanie dzieci. Dzieci przychodzą jak wschodzące słońce, człowiek nie decyduje, czy słońce ma dzisiaj wzejść, czy nie, o życiu decyduje Pan Bóg. Wiele małżeństw na całym świecie doświadcza pomocy Bożej w przeżywaniu swojej miłości i płodności dzięki nauce Kościoła katolickiego o małżeństwie i przekazywaniu życia dzięki "Humanae vitae" oraz nauczaniu Jana Pawła II, który ją w wielu dokumentach rozwijał, komentował i przekazywał przez cały swój pontyfikat.
Encyklika "Humanae vitae" była inspiracją dla takich ludzi jak: John i Evelyn Billings, Josef Rötzer, John i Sheila Kippley, John Kelly, Anna Flynn, Erik Odeblad, profesor Włodzimierz Fijałkowski i wielu innych, którzy poświęcili swoje życie i pracę badaniom nad ludzką płodnością i metodami jej rozpoznawania. Jednym z nich jest również Thomas W. Hilgers, profesor ginekologii z Omaha w stanie Nebraska, twórca modyfikacji i standaryzacji metody Billingsa, ze znacznym rozwinięciem i ukierunkowaniem możliwości diagnostycznych również w leczeniu niepłodności, znanej jako NaPro Technology/Creighton, założyciel Instytutu Papieża Pawła VI.
Mimo to dzisiaj większość ludzi bezrefleksyjnie podchodzi do zagadnień płodności. Często pytanie w gabinecie ginekologa o ostatnią miesiączkę budzi konsternację, by nie powiedzieć - popłoch. Wiele kobiet chciałoby zrzucić na ginekologa odpowiedzialność za własną płodność i wielu ginekologów chciałoby pozbawić kobiety związku z ich płodnością. Traktuje się ją jak chorobę, którą należy zwalczać przy pomocy szerokiej gamy środków antykoncepcyjnych mechanicznych, miejscowych, wewnątrzmacicznych, hormonalnych, wczesnoporonnych - "po stosunku", wreszcie aborcji. Wraz z płodnością "zwalcza" się oczywiście poczęte dziecko. Za "naturalną" metodę regulacji poczęć uznaje się powszechnie stosunek przerywany. Potrzeba by oddzielnej publikacji, aby omówić niebezpieczeństwa związane z antykoncepcją.

O czym mówi nasza płodność
Chcę teraz zasygnalizować korzyści wynikające ze świadomości własnej płodności, z wiedzy, którą każde małżeństwo powinno uzyskać, również dzięki pomocy Kościoła.
1. Zdobywając wiedzę na temat płodności ludzkiej, małżeństwo uczy się jej rozpoznawania oraz zastosowania we własnym życiu. Unika stosowania środków antykoncepcyjnych, kiedy rozeznaje potrzebę odsunięcia następnego poczęcia w czasie. Ta świadomość pomaga we właściwym rozeznawaniu moralnym, wzmacnia więź między małżonkami, wzajemną odpowiedzialność, pomaga wzrastać miłości tak często niszczonej na różne sposoby przez mentalność antykoncepcyjną, pornografię.
2. Zwiększa się świadomość zdrowotna, łatwiejsza staje się rozmowa z ginekologiem i postawienie diagnozy w wielu częstych schorzeniach, np. nieregularne cykle (które nie zawsze wymagają leczenia), bolesne miesiączkowanie i zespół napięcia przedmiesiączkowego, zapalenie pochwy związane z nieprawidłową wydzieliną (upławami), rozpoznanie wczesnej ciąży i zagrożenia poronieniem lub ciąży obumarłej. Bardzo pomocne może być prowadzenie obserwacji w okresie premenopauzalnym, kiedy cykle stają się nieregularne, owulacje nie zawsze występują i kobiety często doświadczają niepewności co do swojej płodności.
3. Stosując model NaPro Tech (Creightona), można wcześnie przewidzieć ryzyko, zapobiegać wystąpieniu poronienia lub przedwczesnego porodu. Wiedzę na temat ludzkiej płodności ułatwia zasadniczo znalezienie przyczyny niepłodności małżeńskiej, leczenie i poczęcie oraz donoszenie dziecka do terminu porodu. Według danych opublikowanych przez prof. Hilgersa, 70 proc. zgłaszających się do leczenia małżeństw uzyskuje skuteczną pomoc w leczeniu niepłodności. Doktor Phil Boyle relacjonuje wiele leczonych przypadków po wielokrotnych niepowodzeniach procedur in vitro. Małżeństwo mające problem z płodnością powinno najpierw zastosować jakąś metodę obserwacji płodności, co bardzo zmniejszy potrzebę zastosowania niedopuszczalnych etycznie, drogich i ryzykownych metod leczenia niepłodności, jak np. in vitro.
4. Wiedza zdobyta na temat płodności przekazywana jest dalej - szczególnie w rodzinie - dzieciom, co niewątpliwie promuje wierność i odpowiedzialność (czystość przedmałżeńska i małżeńska), czyli zdrowe podejście do życia seksualnego, ogranicza też możliwość przenoszenia chorób drogą płciową.

Czy płodność to zagrożenie?
Trzeba jednak powiedzieć, że nie tylko "sztuczne" metody antykoncepcji powodują niekorzystne skutki. Również naturalne metody planowania rodziny niekiedy mogą okazać się szkodliwe.
Po pierwsze, w funkcjonowaniu małżeństwa. Niektórzy stosują metodę naturalną na sposób faryzejski, jestem w porządku, spełniam prawo, ale najważniejszy jest mój plan na moje życie. Zaplanowaliśmy dwoje dzieci i swoje dzieci już urodziłam. Kiedy przychodzimy do ołtarza, aby zawrzeć małżeństwo, kapłan, w imieniu Kościoła pyta, czy chcemy przyjąć potomstwo, którym Bóg nas obdarzy - to Pan Bóg ma najlepszy plan na nasze życie i wie, ile dzieci nam potrzeba - czy jedno, czy dziesięcioro. A może ten dar nie zrealizuje się w sposób naturalny, tylko w innej formie płodności, np. poprzez adopcję? Małżeństwo cały czas powinno być otwarte na dialog z Bogiem i rozpoznawać Jego wolę. Kiedyś trafiła do mnie pacjentka, która powiedziała, że żałuje, iż tak dobrze nauczyła się metod naturalnych. Gdyby się pomyliła, to może miałaby więcej dzieci, ale teraz jest już za późno... Małżeństwo, które nie pełni woli Bożej na swoje życie, nie jest szczęśliwe, nie doświadcza pełni jedności i miłości. W ekstremalnym przypadku może być tak, że skoro doszło do poczęcia w pierwszym "otwartym na życie" cyklu kobiety, to po urodzeniu dwojga dzieci nigdy więcej nie ma aktów małżeńskich w okresie płodnym.
Po drugie, metody naturalne są bardzo skuteczne, ich zastosowanie faktycznie uniemożliwia poczęcie, więc efekt może być ten sam, co przy antykoncepcji, mogą być użyte tylko jako zabezpieczenie przed poczęciem dziecka. Dzisiaj ci, którzy głoszą mit przeludnienia i wszystkimi dostępnymi metodami, przez sterylizację, aborcję, antykoncepcję chcą ograniczyć liczbę ludzi na ziemi, w metodach naturalnych widzą naturalnego sojusznika w walce z "overpopulation".

Dobroczynne efekty płodności
Nauka stwierdza pozytywny wpływ ciąży na zdrowie kobiety w wielu aspektach. Ciąża - owoc płodności, w sensie biologicznym jest pełnią rozwoju kobiety, osiągnięciem pełnej dojrzałości. Dotyczy to regulacji hormonalnych, ale także dojrzałości tkankowej, np. zrazików gruczołu piersiowego. W trzecim trymestrze pierwszej ciąży tkanka sutka kobiety osiąga III i IV stopień rozwoju zrazików mlekowych - tylko takie zraziki (upraszczając) są odporne na wysokie stężenia estrogenów sprzyjające rozwojowi raka sutka. Również w ciąży we krwi matki znajduje się zwiększona ilość komórek macierzystych - umożliwia to wiele procesów regeneracyjnych i naprawczych. HCG, czyli ludzka choriongonadotropina produkowana przez tkanki zarodka, stymuluje jajnik do produkcji inhibiny - białka, które hamuje rozwój nowotworów, a także powoduje cofanie się zmian nowotworowych w sutku.
Podobnie jeśli chodzi o ryzyko występowania nowotworów, to wiele z nich, oprócz obciążenia genetycznego, związanych jest z tzw. historią prokreacyjną kobiety: np. ryzyko raka piersi wzrasta w przypadku kobiet, które nigdy nie rodziły, które rodziły mało i późno (po 30. roku życia); rak sutka i rak endometrium powstają częściej u kobiet, które wcześnie zaczęły miesiączkować i u których późno wystąpiła menopauza. Są to nowotwory estrogenozależne - im więcej cykli miesięcznych, im więcej owulacji, tym większa ekspozycja na estrogeny i większe ryzyko nowotworzenia. Rak jajnika jest również częściej związany z bezdzietnością, jako że o prawdopodobnym mechanizmie karcynogenezy mówi się o dużej ilości owulacji, czyli mechanicznym czynniku uszkadzającym torebkę jajnika i zwiększającym ryzyko nowotworów nabłonkowych. Jak wiemy, kobiety, które są w ciąży lub karmią piersią - nie miesiączkują, nie mają owulacji, ich ekspozycja na estrogeny jest zrównoważona protekcyjnym wpływem ciąży. Im liczniejsze potomstwo, tym korzystniejszy efekt. Istotny jest wiek, w którym kobieta zachodzi w pierwszą ciążę, optymalnie powinien być to czas przed 24. rokiem życia.
Jeszcze do niedawna pokutował mit, że jakoby ciąża i karmienie piersią sprzyjały osteoporozie - w świetle nowych badań okazało się coś zupełnie przeciwnego. Nie jest prawdą też, że ciąża "psuje" zęby. Jeszcze w podręczniku "Ginekologia" R. Klimka z 1980 r. jest bardzo długa lista "lekarskich, zdrowotnych" wskazań do przerwania ciąży. W świetle dzisiejszej wiedzy medycznej takie wskazania nie istnieją.
Ksiądz arcybiskup Kazimierz Majdański we wprowadzeniu do tekstu "Słuchać Boga, by żyć" napisał: "Katolicka Polska znalazła się w czołówce krajów wymierających. Co to znaczy? Jest to niespotykane dotąd w naszych dziejach zagrożenie bytu Narodu. Rodzi się z negacji ładu, ustalonego na zawsze przez Boga - Stwórcę. Jak to się dzieje?
1. Następuje dziś na szeroką skalę wyludnianie ziemi, także naszej polskiej ziemi - w opozycji do Bożego błogosławieństwa: '... abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną' (Rdz 1, 28). A więc wymieranie dokonuje się za cenę grzechu, bo za cenę sprzeciwu wobec zamysłu Boga.
2. Zniszczenia dokonuje cywilizacja śmierci. Uczy lęku przed dzieckiem. Czyni się więc wszystko, by nie mogło się ono urodzić, a także by się w ogóle nie poczęło. - To przeciw tej radości, o której mówił Zbawiciel świata: "radość z tego, że się człowiek narodził na świat" (J 16, 21). Lękowi rodziców wobec dziecka wtóruje lęk przed wrogą dziecku opinią społeczną, przeciwną rodzinie bogatej w dzieci.
3. Byliśmy przez wieki godni nazwy: Polonia semper fidelis. Tak od Mieszka I i Dąbrówki. Czy jednak dziś nie staliśmy się społeczeństwem neomaltuzjańskim? Cieszymy się nadal szczególnie licznymi zastępami kapłanów oraz tym, że u nas częściej niż gdzie indziej ludzie się spowiadają. Powstaje jednak pytanie: Czy grzech antyrodzicielstwa jest przez nas uważany jeszcze za grzech? Czy słuchamy głosu Kościoła o Prawie Bożym, zwłaszcza zaś profetycznej encykliki Papieża Pawła VI 'Humanae vitae'? Jest to stałe nauczanie Kościoła o Bożym Ładzie w przekazywaniu życia ludzkiego, powtórzone ostatnio ze szczególną mocą, bo takie jest pilne zapotrzebowanie naszego czasu.
4. Istnieją tu niezwykle poważne obowiązki zarówno duszpasterzy, jak i ludzi świeckich. Potrzebny jest jasny wykład nauki Bożej w różnych formach katechizacji, z przygotowaniem do małżeństwa jako "'ielkiego sakramentu' włącznie. Potrzebna jest szczególna wierność w zakresie Sakramentu Pokuty i Pojednania, który wymaga wyraźnego rozeznania grzechu i zmiany życia: 'Idź i więcej nie grzesz' (por. J 8, 11)".
Słuchajmy więc Boga - by żyć. Warto przeczytać cały ten tekst.
Maciej Barczentewicz, ginekolog położnik


Porównanie zysków i kosztów naprotechnologii i in vitro

Temat in vitro znów stał się głośny. Nowy rząd ustami premiera zapowiedział podjęcie starań o refundację tej techniki z pieniędzy podatników. W mediach ponownie podjęto temat par przeżywających dramat niepłodności, wskazując, że in vitro jest dla nich jedynym ratunkiem.
Niewiele osób wie jednak, że istnieje alternatywa - oparta na naturalnym planowaniu rodziny, którą jest naprotechnologia - system pomocy niepłodnym małżeństwom, wymyślony i działający w Stanach Zjednoczonych, w Europie i docierający również do Polski.


Pozornie in vitro i naprotechnologia niewiele się różnią. Obie metody mają dać ten sam efekt - doprowadzić do urodzenia upragnionego dziecka. Jednak to naprotechnologia chce znaleźć i leczyć skutecznie przyczyny niepłodności, chce pomóc parom w normalnym poczęciu dziecka, a w przypadku niepowodzenia w leczeniu niepłodności wskazuje małżeństwu, że już uczynili wszystko, co mogli. Naprotechnologia jest całościowym systemem leczenia, który wykorzystuje wszelkie możliwości medycyny, i chroni małżonków od niepokoju, który sprawia, że podejmują wyczerpujące wędrówki do kolejnych specjalistów i stają się przy tym tak bardzo podatni na przekraczanie własnych granic. Natomiast in vitro świetnie wykorzystuje niepokój sfrustrowanych małżeństw, obiecuje szybkie definitywne "załatwienie sprawy" i zakłada poczęcie dziecka w warunkach laboratoryjnych. Dziecko staje się przedmiotem zamówienia. In vitro przy tym często dopuszcza pobranie materiału genetycznego od dawców spoza małżeństwa, a w ekstremalnych przypadkach nawet "wypożyczenie" macicy innej kobiety do czasu urodzenia dziecka. Naprotechnologia traktuje małżeństwo jak pacjentów, których należy rzetelnie zdiagnozować i wyleczyć, jeśli to tylko możliwe; in vitro zaś traktuje ich jak klientów, którym wszelkimi sposobami należy zapewnić "produkt" - dziecko, którego tak pragną.
Wiele osób jednak nie zastanawia się nad etyczną stroną całego przedsięwzięcia, natomiast zwraca uwagę na stronę ekonomiczną - spore koszty procedury in vitro są przecież bezpośrednim powodem starań o refundowanie zabiegu ze środków budżetowych. Tym bardziej osoby odpowiedzialne za służbę zdrowia w Polsce powinny zainteresować się naprotechnologią. Autor podstawowego podręcznika tej metody (dr Thomas W. Hilgers M.D. "The Medical and Surgical Practice of NaProTechnology", Omaha, 2004) porównał koszty postępowania w procedurze in vitro i naprotechnologii i podaje wyniki, które godne są rozważenia. Przeanalizujmy.

Przebieg procedur można podzielić na następujące etapy:
Naprotechnologia:
1. Przygotowanie (w tym leczenie farmaceutyczne, zabiegi chirurgiczne, konsultacje itp.) do prób poczęcia w kolejnych naturalnych cyklach miesiączkowych.
2. Kolejne cykle miesiączkowe, w których para podejmuje próby poczęcia (zazwyczaj 12).
3. Koszty dodatkowe w przypadku ciąży mnogiej.

In vitro:
1. Przygotowanie pary (terapie hormonalne, pozyskanie komórek jajowych, plemników, sztuczne zapłodnienie itp.) do transferu zarodków do macicy kobiety.
2. Kolejne transfery zarodków do macicy.
3. Koszty dodatkowe w przypadku uzyskania ciąży mnogiej.

Teraz porównamy koszty poszczególnych etapów. Jeśli nie podano inaczej, koszty obliczone są w dolarach na 100 pacjentek w kontekście amerykańskim.
Porównanie kosztów pierwszego etapu przysparza najwięcej trudności, gdyż różnice jakościowe są tak wielkie. Naprotechnologia zakłada pełne wykorzystanie wszystkich możliwości współczesnej medycyny dla zdiagnozowania i leczenia przyczyn niepłodności. Pozwala często na usunięcie takich przyczyn niepłodności, które również odbijają się na zdrowiu ogólnym kobiety - czyli przywraca do zdrowia. Stąd ten etap ma wartość dodatnią same w sobie. Przygotowanie do in vitro natomiast nie uwzględnia prób leczenia przyczynowego, lecz jedynie procedury potrzebne do sztucznego pobrania gamet. Przy tym in vitro zamiast leczyć, dodatkowo szkodzi małżonkom cierpiącym na problem niepłodności - zwłaszcza w obszarze ich godności. Uwzględniając natomiast jedynie poziom fizjologii, procedury prowadzące do in vitro same w sobie niosą tylko wartość ujemną dla potencjalnych rodziców, gdyż są szkodliwe dla gospodarki hormonalnej, uciążliwe i niosą ze sobą ryzyko ciężkich powikłań, jak na przykład zespół hiperstymulacji jajników.

Etap 1. Przygotowanie/leczenie (wykres 1.)


Gwiazdka oznacza, że nie wszystkie koszty in vitro są ujęte. Ujęto koszty: kształcenia pacjentów (naprotechnologii), kuracji hormonalnych, biopsji endometrialnej (in vitro), USG, SFA, laparoskopii, laparoskopii laserowej z SHSG (naprotechnologia), operacji chirurgicznych oraz wynagrodzenia pracowników. Jak widać na wykresie, ten etap jest tańszy w przypadku in vitro. W tym aspekcie korzyści płynące z tego etapu w naprotechnologii wielokrotnie przewyższają korzyści tego etapu przy in vitro - ale koszty te należy interpretować w relacji do wartości i korzyści, jakie ten etap niesie dla pacjentów. W tym aspekcie, korzyści płynące z tego etapu w naprotechnologii wielokrotnie przewyższają korzyści tego etapu przy in vitro.
Wyniki zestawienia dokonanego przez prof. Hilgersa też powinniśmy interpretować, mając na uwadze, że uwzględniają kontekst amerykański. W Polsce wynagrodzenia pracowników są zdecydowanie niższe w relacji do cen rzeczowych, stąd ekonomiści szacują, że różnica pomiędzy kosztem tego etapu w naprotechnologii, która wymaga większego nakładu czasu, aby zastanowić się nad każdym pacjentem z osobna, a procedurą in vitro, która jest techniczną rutyną, może się wręcz wyrównać. Jest też kilka innych czynników przemawiających za tym, że naprotechnologia byłaby relatywnie tańsza, jeśli zostanie rozpowszechniona w Polsce. Amerykański system zdrowia jest prawie całkowicie w rękach prywatnych, pozbawiony dotacji państwowych, więc silniejsze są działania rynku, a sieć klinik in vitro w USA jest niestety o wiele gęstsza niż sieć naturalnych klinik opierających się na systemie naprotechnologii, co znacznie zmniejsza koszty in vitro w Stanach Zjednoczonych. Ponadto koszty wysokodawkowych preparatów hormonalnych do stymulacji jajeczkowania na potrzeby in vitro są relatywnie mniejsze w USA. Wysokospecjalistyczna chirurgia korekcyjna, która jest niekiedy zalecana w systemie naprotechnologii, prawdopodobnie też będzie w Polsce znacznie tańsza. W naszym kraju odbywa się w klinikach państwowych, a nie w ramach prywatnego biznesu, i już jest refundowana.

Etap 2. Kolejne próby transferu zarodków/kolejne próby poczęcia w cyklach (wykres 2.)


W tym przypadku podano koszt 1 cyklu/transferu na jedną pacjentkę. Niżej podamy, jak policzyć średni koszt uzyskania poczęcia i urodzenia dziecka, gdyż musi być przeprowadzonych 1 lub więcej prób, żeby osiągnąć zamierzony efekt.

Etap 3. Koszty dodatkowe w przypadku ciąży mnogiej (wykres 3.)


Należy zaznaczyć, że do ciąży mnogiej dochodzi w 44 proc. przypadków w in vitro oraz 3,2 proc. w przypadku naprotechnologii, dlatego koszt na 100 pacjentek w przypadku in vitro jest taki duży.

Teraz porównajmy koszty urodzenia 1 dziecka (wykres 4.):


*) Koszt bez rozpoznania problemów i ich wyleczenia
**) Koszt uwzględnia rozpoznanie problemów i ich wyleczenie

Jak widać, koszt urodzenia 1 dziecka jest w zależności od kuracji w naprotechnologii (w kontekście amerykańskim) od 19 do 36 proc. niższy niż w przypadku in vitro. Wynika to też z tego, że naprotechnologia jest skuteczniejsza od in vitro. (Naprotechnologia nie osiąga celu w około 40 proc. przypadków, a w in vitro aż w 70 procentach). Ponadto przy każdej kolejnej próbie poczęcia koszt in vitro pozostaje w całości taki sam, natomiast w naprotechnologii radykalnie maleje lub w ogóle nie ma potrzeby podejmowania kolejnego leczenia - ponieważ problem został już raz zdiagnozowany i wyleczony.

Teraz spójrzmy na koszty tych, którym się nie udało. Jak podano wyżej, w naprotechnologii nie udaje się osiągnąć urodzenia dziecka w 40 proc. przypadków, a w in vitro w 70 procentach. Dlatego chociaż koszty jednostkowe w przypadku jednej pacjentki w naprotechnologii i in vitro, w kontekście amerykańskim, są porównywalne, to patrząc na skuteczność obu metod, łącznie z kosztami w grupie 100 pacjentek, którym się nie udało uzyskać poczęcia, są prawie 2 razy większe w in vitro niż w naprotechnologii (wykres 5.).


Gdyby sieć naturalnych klinik oferujących naprotechnologię się powiększyła, byłaby ona znacznie tańsza. Można też prognozować, że w Polsce różnica na korzyść naprotechnologii, zwłaszcza po pierwszym okresie wdrożeniowym, byłaby jeszcze większa niż w kontekście amerykańskim. Zestawiając koszty obu metod, można obliczyć, ile można zaoszczędzić na 1 osobie posiadającej problem z niepłodnością, biorąc pod uwagę aktualne osiągnięcia w obu dziedzinach. W obliczeniach założono, że w 80 proc. przypadków stosuje się stymulację owulacji, a w 20 proc. kurację FSH/LH.



Z tabeli wynika, że oszczędność przy stosowaniu naprotechnologii w przypadku osiągnięcia ciąży wynosi 15 361, a w przypadku niepowodzenia - 1371 na osobę.
Podsumowując: za stosowaniem naprotechnologii jako optymalnego rozwiązania przemawia wiele czynników. Naprotechnologia uczy pacjentów naturalnych metod rozpoznawania płodności, precyzyjnie diagnozuje i leczy schorzenia według zasad wiedzy lekarskiej. Naprotechnologia promuje wierność małżeńską i szanuje godność dziecka, które ma się począć. Leczenie niepłodności jest tu rzeczywistym leczeniem, przywraca dobrostan oraz jest relatywnie mniej kosztowne w stosunku do procedury in vitro.
Fakty te powinny skłonić osoby mające problem z płodnością do wyboru odpowiedniej drogi do posiadania dzieci, natomiast osoby odpowiedzialne za podejmowanie decyzji o dotacjach ze Skarbu Państwa do głębszej refleksji, zanim zaczną wydawać publiczne pieniądze.
Na koniec pozostaje jeszcze pytanie natury ogólnej: czy w ogóle dotować tego typu działalność. Doświadczenie ogólnoświatowe uczy, że gdy zaistnieje możliwość dofinansowania z budżetu państwa jakiejś procedury czy działania, koszty jej zostają zawyżone, aby wyciągnąć z państwowych pieniędzy jak najwięcej. Tak z pewnością stało się w Berlinie, gdy zaczęto częściowo refundować koszty in vitro. Niewiele firm czy producentów jest w stanie oprzeć się takiej pokusie. Dlatego najlepiej nie stosować pomocy państwowej tam, gdzie może ona generować korupcję i marnotrawienie publicznych pieniędzy. Niezależnie od polityki naprotechnologia dostarcza ważne argumenty medyczne, etyczne i ekonomiczne przeciwko praktykom in vitro.

Tomasz Chyra - informatyk, przedsiębiorca, autor programu wspomagającego naturalne planowanie rodziny CTLife - www.ctlife.com.pl
Anna Chyra - teolog
Małżonkowie są doradcami życia rodzinnego, nauczycielami NPR, animatorami Domowego Kościoła

Dodane przez rodzina dnia January 29 2008 22:59:200 Komentarzy ˇ 5587 Czytań - Drukuj
Nasze wiadomosci zostały przeczytane 205235 razy. Dziękujemy!


Ciekawe? Skopiuj odnosnik do tej strony i podaj dalej




Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Oceniłeś na Przeciętne dnia August 16 2008 12:32:28


Świetne! Świetne!
Bardzo dobre Bardzo dobre
Dobre Dobre
Przeciętne Przeciętne
Słabe Słabe


Inne
Strona dla najmłodszych
Wychowanie chłopców do szacunku i miłości do kobiet
Powiedzieć życiu TAK: Oddała życie, aby żył syn
Prawda o miłości małżeńskiej
W piekle uzależnienia
Czasopismo dobre dla dziecka
Kobieta i matka - geniusz miłości
Zapewnić bezpłatną rehabilitację
Bezsenność - czy to choroba?
Przywrócić sprawność - rehabilitacja
Powiedzieć życiu TAK: Mój syn żyje
Jestem mamą. To moja kariera
Prawda o preparatach homeopatycznych
Józefów wolny od pornografii
Zdrowe nerki


Wróć do strony głównej < < RODZINA I ZDROWIE < <


Prymas Tysiąclecia w obronie nienarodzonych
Zmalała cena rodzących się Polaków! Gdy przegląda się pisma, zastanawia dziwny styl prasy, która napada bezmyślnie jak na największych wrogów na tych, którzy chcieliby wydać po Bożemu na świat kształtujące się życie i uszanować prawo do życia.
Stefan Kardynał Wyszyński (1 I 1960 r.)
Jeżeli problemy Cię przerastają i boisz się urodzić dziecko, które nosisz pod sercem:
Telefon nadziei
0800 112 800
(bezpłatny, pn.-pt.
w godz. 15.00-7.00,
pozostałe dni - całą dobę)

Jasnogórski Telefon Zaufania 034 365 22 55
(w godz. 20.00-24.00)
265105 Unikalnych wizyt
Archiwum / Artykuły Polska / Artykuły Swiat / Jan Paweł II Wielki / Mysl Jest Bronia / Mysl jest bronia Rozmowy
Mysl jest bronia Wielcy zapomniani / Niedzielny Felieton / Wiara Ojców / Laboratorium Wiary / Kultura / Kultura Notatki o kulturze
Teatr Piórem Temidy / Kultura Z przepisów naszych czytelników / Kultura Ksiażka / Kultura Film / Kultura Muzyka
Dodatek W Rodzinie / Dodatek Szlachetne Zdrowie / Dodatek Ogród sama radosć / Wybory do Sejmu / Ostatnia strona Nasz Dziennik
Pielgrzymka do Polski / Pielgrzymka Benedykta XVI / Papież w Polsce / Benedykt XVI w Polsce / Pielgrzymka Papieża


Wymiana Banerów Stron Chrzescijańskich Komputery